Nalałem herbaty do dwóch filiżanek, stawiając jedną naprzeciwko siebie na kuchennym stole. Rytuał nadziei.
Zadzwonił telefon.
To nie był ten delikatny, melodyjny dzwonek, który nastawiłem dla Sary. To był ostry, drażniący dźwięk.
Nie odebrałem od razu. Naliczyłem trzy sygnały, regulując oddech i zwalniając tętno. Wdech na cztery. Przytrzymaj na cztery. Wydech na cztery.
„Cześć, kochanie” – odpowiedziałam, podnosząc głos do drżącego tonu starszej matki.
Nie było powitania. Tylko urywany, wilgotny oddech. Dźwięk rannego zwierzęcia, które próbuje zachować ciszę.
„Mamo…” Głos się załamał, szeptem pełnym czystego przerażenia. „Przyjdź po mnie, proszę… Nie mogę…”
Potem nastąpiła szamotanina. Telefon uderzył o coś twardego.
„Daj mi to!” – krzyk mężczyzny. Richard.
Połączenie ucichło.