„Opuścić pokoje” – rozkazałem płaskim, śmiercionośnym głosem. „Celem jest Sarah. Wrogowie mają pozwolenie na neutralizację. Preferowane użycie broni nieśmiercionośnej, ale opcjonalne”.
Hol był okazały, pełen dzieł sztuki, które kosztowały więcej niż mój dom. Ale pod zapachem cytrynowego lakieru wyczułem coś jeszcze.
Strach. I wybielacz.
„Ghost, idź na górę” – rozkazałem. „Tex, Viper, zabezpieczcie piwnicę i teren wokół. Ja zajmę się parterem”.
Trzy cienie przemknęły obok mnie – mężczyźni w czarnym stroju taktycznym, z zasłoniętymi twarzami, poruszający się z płynną gracją drapieżników szczytowych. Moja jednostka. Moi bracia.
Przeszedłem przez salon, oczyszczając kąty. Pusto.
Podążałem za zapachem wybielacza korytarzem w stronę kuchni.
Pchnąłem wahadłowe drzwi.
Widok ten zmroził mnie. Żelazny Generał na sekundę się zawahał, a matka krzyknęła w mojej głowie.
Sara klęczała na czworakach.
Szorowała fugi między białymi kafelkami. Woda w wiadrze obok niej była różowa. Szmatka w jej dłoni była poplamiona na czerwono.
„Przepraszam, przepraszam, wyczyszczę to” – mamrotała, niczym urwana mantra przetrwania.