Pauza. Potem brzęczenie otwieranej bramy. Amatorzy.
Wjechałem krętym podjazdem. Dom majaczył przede mną, ciemne okna patrzyły na mnie jak puste oczodoły. Zaparkowałem samochód krzywo, blokując główny wyjazd.
Wszedłem po schodach do masywnych dębowych drzwi wejściowych. Nie zadzwoniłam. Wygładziłam wiatrówkę na kamizelce i czekałam.
Drzwi się otworzyły.
Stała tam Beatrice, matka Richarda. Była kobietą wyrzeźbioną z lodu i starych pieniędzy, ubrana w jedwab i diamenty o trzeciej po południu. Spojrzała na mnie z pogardą, jaką zazwyczaj zarezerwowano dla gumy do żucia na bucie.
„Evelyn?” prychnęła. „Nie spodziewaliśmy się ciebie. Sarah jest niedysponowana. Ma migrenę”.
Zrobiłam krok naprzód, naruszając jej przestrzeń osobistą.
„Słyszałam jej wołanie, Beatrice. Odsuń się”.
Beatrice zaśmiała się okrutnym, wysokim głosem, który działał mi na nerwy. Położyła rękę na biodrze, zasłaniając mi widok na wnętrze.
„Jest teraz mężatką, Evelyn. To prywatna sprawa rodzinna. Nie możesz tu tak po prostu wejść, bo pokłóciła się z mężem. Idź do domu, zrób coś na drutach”.
Zaczęła zamykać ciężkie drzwi.
Złapałam go jedną ręką. Nie pchałam, po prostu trzymałam go nieruchomo. Beatrice zmarszczyła brwi, pchając
Szłam mocniej, ale drzwi ani drgnęły.
Wpatrywałam się w nią. Pozwoliłam jej spojrzeć w oczy kobiety, która przesłuchiwała watażków w Hindukuszu.
„Już nie” – odpowiedziałam.
Uniosłam lewą rękę, dając prosty sygnał.