Czterdziestka wyglądała na nim niesprawiedliwie dobrze.
Zorganizowanie 40. urodzin mojego męża w naszym ogrodzie wydawało się świetnym pomysłem.
Stałam przy drzwiach tarasowych ze stertą serwetek w jednej ręce i telefonem w drugiej, ale nawet po latach małżeństwa czasami przyłapywałam się na tym, że patrzę na niego i myślę, jakie mam szczęście.
Byłam taka naiwna.
Ale nie mogłam się zatrzymać na dłużej.
Ktoś zapytał, czy dip warzywny zawiera nabiał. Jedno z dzieci zaczęło płakać nad zabawkową ciężarówką.
Mała plama przemknęła mi przed oczami i spojrzałam w dół akurat w momencie, gdy zobaczyłam mojego czteroletniego syna biegnącego pod najbliższy stół z cake popsem w dłoni.
Czasami przyłapywałam się na tym, że po prostu na niego patrzę.
„Will, kochanie, nie rzucamy cake popsami”.
„Nie rzucałem!” – krzyknął, co zazwyczaj oznaczało, że rzucał albo zaraz to zrobi.
Znów spojrzałam na Brada. Uśmiechał się do czegoś, co powiedziała Ellie.
Znałyśmy się od drugiej klasy. Była naszą rodziną pod każdym względem, oprócz więzów krwi.
Potem ktoś znowu wypowiedział moje imię.