„O mój Boże” – powiedziałam, chwytając go za nadgarstek. „Chodź tutaj”.
Will wykręcił się ze śmiechu. „Mamo, nie”.
Wyglądał, jakby wychowały go na dworze wesołe szopy.
„Nie będziemy kroić tortu z tobą w ten sposób”.
„Ale ja się bawię”.
„Możesz się pobawić później. Chodź”.
Zaprowadziłam go do domu, posadziłam na krześle przy zlewie w kuchni, odkręciłam kran i zaczęłam szorować mu ręce. Will wciąż się do mnie uśmiechał.
„Co cię tak bawi?” zapytałam.
„Możesz się pobawić później. Chodź”.
Uniósł wzrok, jego oczy były błyszczące, a policzki zaróżowione od biegania. „Ciocia Ellie ma tatę”.
„Ciocia Ellie ma… co?” Zrobiłam pauzę. „Co masz na myśli, kochanie?”
„Widziałam to, kiedy się bawiłam”.
Zmarszczyłam brwi, owinęłam mu dłonie ręcznikiem kuchennym, żeby je wytrzeć. „Widziałem co?”
Uwolnił ręce. „Chodź. Pokażę ci”.