Kiedy otworzyłam oczy, metaliczny smak krwi wypełnił moje usta i pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, było położenie drżących rąk na brzuchu.
„Moje maleństwo…” – wymamrotałam. Odpowiedział lekki ruch. Słaby, ale był. Ten niewielki znak życia dodał mi siły, której ból nie był w stanie złamać.
W kuchni panowała cisza.
Zbyt cicha.
Potem usłyszałam stłumione głosy w salonie, śmiech, jakby nic się nie stało, jakby moje cierpienie było tylko trywialną formą rozrywki.
Próbowałam usiąść.
Każdy mięsień zaprotestował.
Ale coś we mnie się zmieniło.
To już nie był tylko strach.