Oczywiście, że nadszedł.
Nigdy w życiu nie przepuścił okazji, by uwierzyć, że może zreorganizować świat, opierając się na krzykach, nazwisku i teatrze.
Weszła bez pozwolenia, wciąż ubrana w kremową biel, jakby wciąż wracała z wesela, które już cuchnęło śmieciami, i zaczęła wygłaszać tyrady o szczęściu, opiece nad rodziną, oborze, obojgu seksualnym poczuciu winy i moralnej uczciwości, aż do momentu, gdy zostanie uznana „jak mężczyzna”.
To było niezwykłe.
Nie dlatego, że było nieoczekiwane.
Bo to przydatne.