Zanim mój spanikowany mózg zdążył sformułować protest, sięgnął w dół. Nie pytał o pozwolenie. Wsunął jedną rękę za moje ramiona, a drugą pod moje kolana, unosząc mój martwy, ciężarny ciężar z plastikowego siedzenia, jakbym była pusta w środku. Kopnął ciężkim skórzanym butem w dźwignię awaryjnego otwierania bocznych drzwi wyjściowych. Drzwi syknęły i otworzyły się.
Wyniósł mnie w oślepiający deszcz, pokonując śliską nawierzchnię z niemożliwą do utrzymania równowagą, całkowicie omijając zator drogowy. Za betonowymi barierami oddzielającymi jezdnię czekał wydłużony, matowoczarny, opancerzony SUV, którego silnik wydawał niski, niebezpieczny pomruk.
Kierowca w ciemnym garniturze otworzył tylne drzwi. Nieznajomy posadził mnie na pluszowej, kremowej skórze tylnego siedzenia, natychmiast wyciągając z schowka ciężki kaszmirowy koc i nakrywając nim moje drżące, przemoczone ciało. Wślizgnął się obok mnie, gdy drzwi zatrzasnęły się z hukiem, zamykając nas w krypcie pełnej napięcia ciszy.
„Jedź” – rozkazał. Samochód ruszył do przodu, wciskając mnie głęboko w tapicerkę.
Sięgnął do kieszeni na piersi płaszcza i wyjął ciężką, matowoczarną kartę z wytrawionym minimalistycznym złotym napisem. Przycisnął ją do mojej drżącej dłoni.
„Wdech przez nos. Trzy sekundy wdechu, cztery wydechu” – poinstruował, tonem domagając się całkowitego posłuszeństwa. „Jeśli Nick Drayke albo ktokolwiek z jego prywatnych służb ochrony zbliży się do ciebie dziś wieczorem na mniej niż sto metrów, zadzwoń pod numer z tyłu tej karty”.
Zmusiłem się, by skupić wzrok na złotym tekście.
Lucien Arkwright. Zaparło mi dech w piersiach, boleśnie zacisnąłem usta. To było imię widmo. Mit szeptany w elitarnych kręgach Stonebridge. Lucien Arkwright był niewidzialnym architektem miejskiego półświatka i wyższych sfer, człowiekiem, którego wpływy rzekomo decydowały o nominacjach sędziowskich, fuzjach korporacyjnych i cichym wymazywaniu problematycznych mężczyzn.
„Dlaczego?” – wydyszałem, a kolejny skurcz ścisnął mi żołądek, sprawiając, że skóra pode mną zaskrzypiała. „Dlaczego… dlaczego mi pomagasz?”
Lucien Arkwright wpatrywał się we mnie przez długą, bolesną sekundę. Twarde, nieprzeniknione rysy jego twarzy złagodniały o ułamek milimetra.
„Bo dwadzieścia sześć lat temu” – powiedział cicho – „twoja matka błagała mnie, żebym cię chronił, zanim umrze”.
W mojej głowie nastąpiło zwarcie. Moja matka? Zmarła na nagłą chorobę, kiedy byłem niemowlęciem. Nie miałem żadnych wspomnień o niej, tylko kilka wyblakłych zdjęć, które rodzina Nicka łaskawie pozwoliła mi zachować.
Zanim zdążyłem choć spróbować zrozumieć niemożliwość jego słów, mój telefon – leżący na siedzeniu obok mnie – gwałtownie zawibrował.
Ekran się rozświetlił. Wiadomość SMS z zastrzeżonego numeru.