SUV gwałtownie wspiął się na wzniesienie i zatrzymał się z piskiem opon pod masywnym, oświetlonym portykiem Szpitala Prywatnego Aster Ridge. Zanim pojazd zdążył się w pełni zatrzymać, drzwi zostały wyrwane. Nie przez sanitariuszy, ale przez mężczyzn w słuchawkach i taktycznych kamizelkach kevlarowych pod drogimi garniturami. Ludzi Luciena.
W ulewnym deszczu zostałam wciągnięta na czekający wózek. Automatyczne szklane drzwi rozsunęły się i wyszliśmy do głównego holu.
To była scena kontrolowanego chaosu.
Przez grubą szklaną ściankę działową oddzielającą recepcję od korytarzy traumatologicznych zobaczyłem go. Nicka. Był purpurowy z wściekłości, ślina leciała mu z ust, gdy krzyczał na falangę ochroniarzy Luciena, którzy utworzyli nieprzeniknioną ścianę z ludzi w holu.
„To moje dzieci!” – ryknął Nick, a jego głos stłumiła gruba szyba. „Mam nakaz sądowy! Nie możecie mi zabronić dostępu do moich spadkobierców!”
Lucien szedł obok mojego wózka. Nawet nie odwrócił głowy, żeby spojrzeć na Nicka. Potraktował miliardera-dziedzica jak bzyczącego owada uwięzionego po niewłaściwej stronie szyby.
„Ruszajcie dalej” – warknął Lucien do zespołu medycznego.
Ciężkie, podwójne drzwi sali operacyjnej zamknęły się z hukiem, odcinając krzyki Nicka i zamykając nas w świecie ostrego, białego światła, stali nierdzewnej i przerażającego, gorączkowego piszczenia monitorów pracy serca płodu.
Przenieśli mnie na stół operacyjny. Pielęgniarki rzuciły się na mnie, zrywając ze mnie mokre ubranie, przyklejając zimne plastry do klatki piersiowej i maskę tlenową na nos.
„Ciśnienie krwi spada do zera” – krzyknął głos z rozmytego fartucha.