Wygrzebałem się z ciemności.
To nie było spokojne przebudzenie. To było powolne, duszące wznoszenie się przez warstwy chemicznej mgły i głęboki, głuchy ból fizyczny. Pierwszym bodźcem sensorycznym był rytmiczny syk-kliknięcie koncentratora tlenu. Drugim był tępy, zlokalizowany ogień płonący w dolnej części brzucha.
Zmusiłem się do otwarcia ciężkich powiek. Pokój tonął w miękkim, przytłumionym bursztynowym blasku lampki nocnej. To była prywatna sala pooperacyjna, na tyle luksusowa, że przypominała luksusowy hotel, gdyby nie stojak na kroplówkę przywiązany do mojego ramienia.
Sapnąłem, a moje…
I poleciało mi do żołądka. Był płaski. Pusty.
„Oni żyją”.
Głos dochodził z cienia w pobliżu ciężkich, aksamitnych zasłon. Lucien Arkwright wszedł w światło. Wyglądał drastycznie inaczej niż przerażający monolit w autobusie. Miał porzucony krawat, rozpięte górne guziki koszuli, a ostre zmarszczki wokół oczu świadczyły o głębokim, do szpiku kości wyczerpaniu.
Podszedł do krawędzi mojego łóżka i delikatnie położył na stoliku na moich kolanach małe, błyszczące zdjęcie.
Podniosłem je drżącą ręką. Przez przezroczyste plastikowe ściany trzech oddzielnych inkubatorów noworodkowych zobaczyłem je. Trzy niemożliwie maleńkie, kruche istnienia. Kable przyklejone taśmą do ich miniaturowych piersi, sondy do karmienia przymocowane do twarzy. Ale ich klatki piersiowe unosiły się i opadały.
„Dwóch chłopców. Jedna dziewczynka” – powiedział cicho Lucien. „Są wcześnie i są małe. Ale ich funkcje życiowe są stabilne. Neonatolodzy są wyjątkowo optymistyczni”.
Szloch rozdarł mi gardło. Przycisnęłam zdjęcie do ust, ulga przepłynęła przez moje żyły niczym woda święcona, zmywając grozę ostatnich dwudziestu czterech godzin. Bezpieczni. Byli bezpieczni.
„Obiecałem ci” – mruknął Lucien.