Czerwone cyfry na moim cyfrowym budziku wskazywały 2:14 nad ranem. W mojej poprzedniej pracy sen był luksusem, a nie prawem. Kiedy telefon na mojej szafce nocnej zawibrował, dotykając polerowanego drewna, chwyciłam słuchawkę, zanim rozległa się druga wibracja.
„Halo?”
„Babciu?” Szept był tak słaby, że brzmiał jak suche liście szurające po chodniku. To była Maya. Jej zęby szczękały tak gwałtownie, że sylaby łamały się w jej ustach.
Usiadłam. Ciężka kołdra osunęła mi się na pas. „Maya. Czemu szepczesz? Gdzie są twoi rodzice?”
„Zimno mi, babciu. Dom do mnie mówi. Pisze, że obwód jest uzbrojony”. Z głośnika dobiegło stłumione chrząknięcie. „Pukałam do drzwi mamy, ale nikt nie otwierał. Jest zupełnie ciemno i boję się”.