Krew przyspieszyła mi do wrzenia. To było fizyczne doznanie, jakby ktoś wstrzyknął mi lodowatą wodę prosto do żył. Mój syn Julian i jego żona Serena mieszkali w hipernowoczesnym, szklano-stalowym monstrum, sterowanym wyłącznie przez aplikację w telefonach. Strefa jest uzbrojona. „Posłuchaj mnie, Mayo” – powiedziałam, przerzucając nogi przez krawędź łóżka i wkładając buty. „Weź najgrubszy koc, idź do szafy i zamknij drzwi. Ciepło twojego ciała ogrzeje tę małą przestrzeń. Nie wychodź, dopóki nie usłyszysz mojego głosu”.
„Dobrze. Korzystam z iPada, którego Ethan schował pod moją poduszką. Jest prawie rozładowany”.
Nie zawracałam sobie głowy płaszczem. Wyjęłam kluczyki, ciężką stalową latarkę i broń boczną ze skrytki. Dwudziestominutową trasę przez ciche podmiejskie ulice Seattle przejechałam w dwanaście minut.
Kiedy opony mojej ciężarówki zachrzęściły na żwirowym podjeździe, moje reflektory omiotły czarny jak smoła monolit. Tesla Juliana zniknęła. SUV Sereny zniknął. Cisza panująca w domu była cięższa niż zimowa noc.
Nie próbowałam nacisnąć klawiatury w drzwiach wejściowych. Obeszłam dom dookoła, na bocznym patio, owinęłam gruby flanelowy rękaw wokół ciężkiego końca latarki i rozbiłam wzmocnione szkło bocznych drzwi. Alarm nie wył. System bezpieczeństwa został tak zmodyfikowany, żeby zamykał się od zewnątrz, blokując wszystko, co było w środku.
Otworzyłam zasuwkę i wyszłam na mroźne powietrze kuchni. Mój oddech unosił się w ciemności. „Maya!”
Znalazłam ją w szafie na ubrania w korytarzu. Była zwinięta w ciasną kulkę, owinięta w za duży zimowy płaszcz, ściskając świecącego iPada. Rzuciła mi się na kolana. Czułam się jak bryła lodu.
„Mam cię” – mruknęłam, podnosząc ją. Ważyła tyle, co nic.