I oparłam policzek między jego łopatkami, jakbym chciała się jeszcze raz upewnić, że wciąż tam jest.
„Nie, mój synu. Nie straciliśmy ich”. Zabierzemy je teraz z powrotem.
Tak więc, w słonym powietrzu tego późnego popołudnia, zrozumiałem coś, czego nigdy bym nie uznał za możliwe po opłakiwaniu syna bez ciała:
Czasami miłość powraca.
Nie tak, jak się spodziewałem.
Nie bez blizn.
Nie bez prawdy.
Ale powraca.
Czasami w środku nocy, w niemożliwym błaganiu, drżącym głosem szepczącym spoza świata umarłych:
„Mamo… otwórz drzwi. Jest mi zimno”.