Przez tydzień Étienne śledził Valérie. Fotografował ją, jak wychodziła z domu. W alejce za dworcem kolejowym. Na parkingu supermarketu. Potem, z nerwowym mężczyzną w czarnej kurtce, któremu dała pieniądze w zamian za małą torebkę.
Ale to wciąż nie wystarczyło.
Musiała też udowodnić Eliasowi, co zrobiła.
Wtedy mój syn przypomniał sobie Juliena Morela, przyjaciela, który był na jachcie tego wieczoru.
„Julien miał drona” – powiedział Elias. „Cały czas wszystko filmował”.
Znaleźliśmy Juliena w jego biurze architektonicznym w Nantes. Kiedy zobaczył Eliasa wchodzącego żywego do biura, zbladł, jakby patrzył na ducha. Potem płakał. Długo. Powtarzając, że nigdy nie przestał się obwiniać za to, że niczego nie widział.
Przeszukał stare dyski twarde, zapomniane archiwa, pliki uporządkowane według lat.
Po godzinie znalazł nagranie.
Widok jachtu z lotu ptaka. Górny pokład. Muzyka. Śmiech. Kieliszki szampana. Potem dwie postacie oddalające się od grupy. Kłótnia. Nagły ruch.
A potem…
Ciało mojego syna spada w pustkę.
Pchnięte.
Bez wypadku. Bez zawrotów głowy. Bez błędu.
Pchnięte przez kobietę, która po tym, jak zobaczyła, jak znika w ciemnej wodzie, po prostu poprawiła włosy, zanim wróciła do gości.
Julien zakrył usta obiema dłońmi.
„Boże… to Valérie…”
Nawet nie krzyknęłam.