To słowo sprawiło, że zachciało mi się wymiotować.
Zanurzyłam usta w filiżance, a potem udawałam, że zapomniałam okularów. Gdy zostałam sama w spiżarni, z drżącymi rękami, nalałam kilka łyków do butelki, a resztę wylałam do zlewu, pozwalając wodzie spłynąć, żeby zagłuszyć hałas.
Powtarzałam tę samą szaradę przez trzy noce.
Czwartej nocy Elias poprosił mnie o spotkanie w…
Opustoszały parking za dworcem kolejowym. Podał mi złożoną na cztery kartkę papieru.
Raport z badań laboratoryjnych.
Na środku strony widniało słowo, jakby napisane w płomieniach:
ARSEN
Niskie dawki. Podawane regularnie. Postępujące uszkodzenie wątroby i nerek. Śmierć możliwa w ciągu kilku miesięcy.
Zgiąłem się wpół, nie ze słabości, ale pod ciężarem zdrady.
Potem Elias zabrał mnie do starego przyjaciela mojego zmarłego męża: Étienne’a Carona, byłego komendanta policji, który od trzech lat jest na emeryturze. Był to rosły, milczący mężczyzna o zmęczonych oczach, które mimo to zdawały się widzieć wszystko.
Słuchał nas, nie przerywając.
Potem powiedział po prostu:
„Zdejmiemy ją bez problemu”.