Arogancki, agresywny playboy, który spoliczkował mnie w szatni, kompletnie się załamał. Upadł ciężko na kolana na scenie, tuż przede mną. Szlochał głośno, żałosnym, gardłowym jękiem absolutnej rozpaczy. Wyciągnął drżące, spocone dłonie, desperacko próbując złapać rąbek mojej skrojonej na miarę marynarki, błagając o litość przed całym światem.
„Eleno! Proszę! Eleno, przepraszam!” – wrzasnął Marcus łamiącym się głosem, z twarzą pokrytą łzami i katarem. „Nie wiedziałam! Nie wiedziałam, że to ty! Proszę, kocham cię! Nie rób mi tego! Nie mam nic!”
Cofnęłam się powoli, rozważnie, z łatwością unikając jego chciwych, desperackich rąk.
Nie krzyczałam na niego. Nie kopnęłam go, gdy leżał. Już się topił; nie potrzebował mojej pomocy, żeby utonąć.
Sięgnęłam do wewnętrznej kieszeni na piersi smokingu. Wyciągnęłam grubą, ciężką kopertę.
Upuściłam ją.
Uderzyła z głuchym hukiem o drewnianą podłogę sceny, lądując kilka centymetrów od jego drżących, wyciągniętych palców.
„Co… co to jest?” szlochał Marcus, wpatrując się w kopertę, jakby to była bomba.
„To” – powiedziałam chłodno – „formalny pozew o rozwód. Złożony i przyspieszony dziś wieczorem”.
Obserwowałam, jak wpatruje się w kopertę.
„A w środku” – dodałem, upewniając się, że mikrofon dobrze wychwycił moje ostatnie słowa – „znajdziesz kopię umowy przedmałżeńskiej, którą z zapałem podpisałeś pięć lat temu. Tej, którą chwaliłeś się przed znajomymi, tej, na której tak bardzo ci zależało, żeby »chronić swoje przyszłe aktywa korporacyjne przed biedną naciągaczką«”.
Marcus spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami, uświadamiając sobie coś nowego, przerażającego.
„Nie przeczytałeś drobnego druku, Marcusie” – uśmiechnąłem się, a na mojej twarzy pojawił się mroczny, przerażający wyraz. „Umowa stanowi, że w przypadku rozwodu z powodu niewierności lub przemocy fizycznej, strona, która dopuściła się przestępstwa, traci wszelkie prawa do majątku małżeńskiego, wspólnego kapitału i alimentów. Podpisałeś żelazną tarczę, która chroniła przed tobą miliardera”.
Wyglądałem