Wyglądał na wyczerpanego. Wyglądał na postarzałego ponad swój wiek, zgarbiony, z twarzą pomarszczoną głębokim, permanentnym wyczerpaniem ciężką, wyczerpującą pracą fizyczną.
Odwrócił głowę, by otrzeć pot z czoła brudną dłonią w rękawiczce.
To był Marcus.
Przez ulotną, mikroskopijną sekundę jego matowe, zmęczone oczy wpatrywały się w ruchliwą ulicę. Skupiły się na lśniącym, niemożliwym luksusie Rolls-Royce’a, a potem poszybowały w górę i zatrzymały się prosto na…
Przejmująca, potężna kobieta, przygotowująca się do wejścia do środka.
Zamarł. Ciężki worek na śmieci wyślizgnął mu się z rąk, uderzając o mokry chodnik z głuchym, mokrym hukiem, rozchlapując brudną wodę na jego buty.
Jego oczy rozszerzyły się w błysku bolesnego, upokarzającego rozpoznania. Rozpoznał kobietę, którą nazwał brzydką. Kobietę, którą nazwał nieokrzesaną. Kobietę, której kazał trzymać się w cieniu, bo zniszczy jego estetykę.
Nie schowałam się. Nie wskoczyłam szybko do samochodu, żeby oszczędzić mu uczuć lub uniknąć niezręcznego spotkania.
Stałam zupełnie nieruchomo na chodniku. Spojrzałam prosto na niego przez rozstanie ulicy i rozstanie całego naszego istnienia.
Szukałam w sercu reakcji. Spodziewałam się błysku mściwego triumfu. Spodziewałam się ukłucia smutku po mężczyźnie, którego kiedyś kochałam.
Nie czułam absolutnie nic.