Uniosłam lewą rękę i delikatnie dotknęłam policzka.
Nie dotknęłam jej z bólu. Fizyczny siniak po uderzeniu Marcusa zagoił się miesiące temu. Dotknęłam jej w cichym, głębokim wspomnieniu. Dotknęłam jej, by przypomnieć sobie dokładnie tę brutalną chwilę, która w końcu, na szczęście, obudziła mnie z pięcioletniego koszmaru.
Nie czułam ani krzty winy za to, co mu zrobiłam. Nie czułam litości. Czułam jedynie ogromną, dodającą sił, piękną nieważkość absolutnej, niepodważalnej suwerenności nad własnym życiem.
6. Widok ze szczytu
Dwa lata później.
Było to żywe, rześkie, olśniewające wtorkowe popołudnie na Manhattanie. Miasto tętniło szaloną, elektryzującą energią milionów ludzi, którzy spieszą się, walczą i walczą o przetrwanie.
Wyszłam przez ciężkie, obrotowe, szklane drzwi restauracji Le Bernardin, tuż po zakończeniu niezwykle udanego, dwugodzinnego, charytatywnego lunchu, podczas którego moja fundacja zobowiązała się przekazać pięćdziesiąt milionów dolarów na globalne inicjatywy edukacyjne dla kobiet.
Otulił mnie oszałamiający, szyty na miarę płaszcz z kaszmiru w kolorze wielbłądzim, chroniący mnie przed przenikliwym jesiennym wiatrem. Czułam się pełna energii, silna i całkowicie spokojna.
Mój osobisty szofer, stojący dumnie w ciemnym garniturze, natychmiast podbiegł, by otworzyć ciężkie tylne drzwi mojego eleganckiego, czarnego Rolls-Royce’a Phantoma stojącego na biegu jałowym przy krawężniku.
Zatrzymując się na chodniku, poprawiając jedwabny szal, mój wzrok powędrował mimochodem po ruchliwej, mokrej od deszczu ulicy.
Na przeciwległym chodniku pracowała ekipa miejska, opróżniając przepełnione miejskie kosze na śmieci z ciężkich, mokrych worków ze śmieciami i gruzem.
Jeden z robotników, ubrany w jaskrawopomarańczową, neonową kamizelkę odblaskową nałożoną na wyblakłą, brudną bluzę, z trudem wrzucał ogromny, przeciekający czarny worek na śmieci na tył pracującej na biegu jałowym śmieciarki.