Wyjęłam telefon z kopertówki. Moje palce były nieruchome. Nie otwierałam mediów społecznościowych. Nie pisałam do znajomego. Otworzyłam wewnętrzną aplikację do zarządzania Obsidian Point.
Pojawił się panel. Status wydarzenia: AKTYWNY. Sala balowa: Zarezerwowana. Klient: Caleb Sterling i Bianca Rhodes – Uroczystość Zaręczynowa.
Przewinąłem do cyfrowej umowy. Znałem każdą klauzulę. Sam je napisałem. Mój wzrok powędrował prosto do Klauzuli 14B. Protokół Przeciwdziałania Moralności i Molestowaniu.
Ta klauzula nie istniała, kiedy kupowałem hotel. Zrodziła się z koszmaru.
Dwa lata temu organizowaliśmy wesele, na którym pan młody uważał, że płacąc za miejsce, ma prawo do znęcania się nad personelem. Złapał kelnera za kołnierz nad drinkiem z lodem. Nakrzyczał na obsługę sprzątającą. Przyparł koordynatorkę imprezy do muru na korytarzu i powiedział rzeczy, przez które dwa dni później odeszła.
Obserwowałem, jak moi pracownicy to znoszą, ponieważ nasza umowa nie dawała nam żadnego sposobu na przerwanie imprezy bez ryzyka pozwu. Musieli się uśmiechać, bo on zapłacił. Przysiągłem sobie, że nigdy więcej na to nie pozwolę.
Więc przepisałem każdą umowę. Paragraf 14B dawał właścicielowi prawo do natychmiastowego zakończenia imprezy bez zwrotu kosztów, jeśli klient lub goście nękali, znęcali się, grozili lub napadali na personel lub kierownictwo.
Goście uwielbiali udawać, że pieniądze dają im nietykalność. Ja lubiłam im przypominać, że tak nie jest. A dziś wieczorem panna młoda oblała właściciela winem w obecności świadków. To było nękanie. To było napaść. A co najważniejsze, to był powód.
Podniosłam wzrok i dostrzegłam Marcusa przy głównym wejściu. Był moim szefem ochrony, miał metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu, spokojne spojrzenie i taką prezencję, że kłótnie rozpływały się, zanim się zaczęły.
Wysłałam mu dwa słowa. Kod 14B. Potem kolejny. Panna młoda. Natychmiast.
Jego telefon zawibrował. Sprawdził, a potem spojrzał na mnie. Zrozumienie przepłynęło między nami jak prąd elektryczny. Jego wyraz twarzy prawie się nie zmienił, ale zobaczyłam, jak zaciska szczękę. Stuknął raz w słuchawkę i zaczął przemierzać salę jak rekin tnący wodę.
Wstałam z chwiejącego się krzesła. Wino na mojej sukience przywarło do skóry, lepkie i ciężkie. Nie wygładziłam go. Szłam.
Fotografka wyprostowała się, widząc mnie nadchodzącą, z troską w oczach. DJ powoli zdjął słuchawki. Pchnęłam wahadłowe drzwi i weszłam z powrotem do sali balowej.