Coś we mnie stwardniało. Nie jak trzask. Raczej jak lód formujący się powoli od środka mojej klatki piersiowej na zewnątrz.
Denise pociągnęła mnie obok rodziny.
ble z ogromnymi kwiatami i złotymi winietkami. Mijaliśmy bar, gdzie goście trzymali delikatne kieliszki wypełnione drogimi, musującymi napojami. Mijaliśmy krewnych, którzy nagle uznali podłogę za fascynującą.
Dotarliśmy do wahadłowych metalowych drzwi na drugim końcu sali balowej. Pchnęła jedne biodrem i pociągnęła mnie do małego, ukrytego miejsca przy wejściu do kuchni, gdzie za dekoracyjnym parawanem i gigantyczną palmą w doniczce ustawiono stół z przekąskami.
DJ siedział tam ze słuchawkami na szyi i niedojedzonym kanapką w ręku. Fotograf zmieniał obiektywy. Barman opierał się o ścianę, przeglądając telefon do następnego napływu.
To tutaj odpoczywała obsługa. Miejsce, gdzie ludzie jedli szybko, oddychali przez dwie minuty i przewracali oczami na gości, którzy traktowali ich jak maszyny. Dla kogoś takiego jak Denise było to idealne miejsce, by ukryć problem, którego żadna ważna osoba nie powinna widzieć.
Wyciągnęła chwiejne metalowe krzesło i wskazała na nie, jakby wysyłała mnie do aresztu.
„Zostań tutaj” – powiedziała.