Potem wygładziła sukienkę, upewniając się, że nadal wygląda idealnie.
„I proszę, postaraj się nie rozmawiać z nikim ważnym. Jesteśmy hojni, pozwalając ci zostać po tym małym… wypadku”.
To nie był wypadek. Oboje o tym wiedzieliśmy. Mimo to usiadłem.
„Dobrze” – powiedziała energicznie, odwracając się już w stronę sali balowej. „Ktoś ci… coś przyniesie”.
Metalowe drzwi zamknęły się za nią z głuchym trzaskiem. Przez chwilę słyszałem tylko szum przemysłowej zmywarki i stłumiony bas dochodzący z sali balowej.
DJ uśmiechnął się do mnie nieśmiało, jego wzrok powędrował na plamę na mojej sukience, po czym szybko odwrócił wzrok. Fotografka wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś miłego, ale mój wyraz twarzy musiał ją powstrzymać.
Nie czułem wstydu. Nie czułem zażenowania. Czułem się rozbudzony.
Przez szczelinę między palmą a ścianką działową widziałem salę balową. Stąd byłem prawie niewidzialny. Ukryty w cieniu. Z pomocą.
Bianca i Denise nie rozumiały – czego mój brat nigdy nie chciał zapytać – że to właśnie w tym tkwiła moja moc.
Obserwowałem, jak Caleb unosi kieliszek. Szampan błysnął pod żyrandolem. Zaśmiał się i przybił pięści z przyjacielem, promieniejąc w jego uwadze. Mój brat wyrósł na czarującego chłopca. Ostra szczęka. Łatwy uśmiech. Garnitur szyty na miarę. W szkole był złotym chłopcem – wysportowanym, uwielbianym, chwalonym przez nauczycieli, chwalonym przez krewnych.