Zeszłam ze sceny. Zaschnięte wino usztywniło mi sukienkę. Stopy kleiły mi się do butów. Barman spojrzał na mnie, czekając.
„Zostaw dwa kieliszki i butelkę” – powiedziałam. „Wszyscy dostają podwójną stawkę za ostatnią godzinę. Wyślij mi wypłatę”.
Uniósł brwi. Potem się uśmiechnął.
„Załatwione, szefie”.
Tej nocy słowo padło inaczej.
Podszedłem za bar i wziąłem świeżą butelkę Cabernet. Nie tę samą, którą Bianca użyła jako broni, ale jej bliźniaczą. Sam ją odkorkowałem. Pstryk rozległ się głośno w cichym pomieszczeniu.
Nalałem sobie kieliszek. Ciemnoczerwony, prawie czarny w słabym świetle. Bogaty w nuty jagód, dębu i czegoś głębszego. Podniosłem go, nie do nikogo innego, tylko do siebie.
Do dziewczyny, która kiedyś jadła makaron instant w lodowatym mieszkaniu, podczas gdy jej rodzina spała pod dachem, za który potajemnie płaciła. Do kobiety, która w końcu przestała przepraszać za zajmowanie przestrzeni. Do wersji mnie, która myślała, że miłość oznacza spalanie się, by ogrzać innych, i do wersji, która w końcu odeszła od związku.
Ująłem łyk. Smakowało jak drogie winogrona i trudne decyzje.
Mój telefon zawibrował. Pojawiła się wiadomość od Caleba. Jesteś szalony. Zniszczyłeś wszystko. Nigdy ci nie wybaczę.
Stara ja czułaby te słowa jak noże. Dziś wieczorem czuli się jak dowód.
Odpisałam jedno zdanie.