Mąż wpadł z kuchni, natychmiast czujny. „Czas?”
Słabo skinęłam głową.
Po dwudziestu minutach siedzieliśmy w samochodzie pędzącym do szpitala, podczas gdy moja siostra Carol płakała przez głośnik telefonu.
„O mój Boże. O mój Boże. On nadchodzi”.
Uśmiechnęłam się mimo bólu.
Przez prawie dziesięć lat Carol marzyła o zostaniu matką.
Była kobietą, która w supermarketach machała do dzieci. Kobietą, która dziergała sweterki „na wszelki wypadek” na długo przed ślubem. Kiedy wraz z mężem Robem zaczęli starać się o dziecko, wszyscy zakładali, że stanie się to szybko.
Zamiast tego czekało ich złamane serce.
Lata leczenia.
Nieudane zabiegi.
Strata za stratą.
A w końcu druzgocąca wiadomość, że ciąża może trwale zagrozić zdrowiu Carol.
Wciąż pamiętam jej minę, kiedy mi to powiedziała.
Jakby ktoś zgasił w niej wszystkie światła.