Dlatego, kiedy zapytała, czy zostanę jej surogatką, nie wahałam się długo.
Miałam już dwójkę pięknych dzieci. Ciąża przebiegała prawidłowo. A ponad wszystko kochałam swoją siostrę.
Paul też mnie wspierał.
„Jeśli ktokolwiek może pomóc Carol przez to przejść” – powiedział – „to ty”.
Zaczęliśmy więc proces.
Lekarze. Prawnicy. Papierkowa robota. Wizyty.
Wszystko miało być jasne i profesjonalne.
Zarodek wszczepił się pomyślnie za pierwszym razem, a Carol zmieniła się z dnia na dzień.
Nadzieja wróciła na jej twarz.
Przychodziła na każde USG. Malowała pokój dziecięcy na bladoniebieski i kremowy. Kupowała malutkie pluszaki i układała je idealnie w łóżeczku.
Ciągle mówiła do mojego brzucha.
„Twoja mama już tak bardzo cię kocha” – szeptała.
Za każdym razem łzy napływały jej do oczu.
I za każdym razem czułam dumę, że mogłam jej dać ten prezent.
Ale około siódmego miesiąca coś się w Paulu zmieniło.
Na początku było to subtelne.
Stawał się cichszy, gdy przychodził Rob.
Czasami przyłapywałam go na dziwnym wpatrywaniu się w Carol, gdy dotykała mojego brzucha.
Pewnego wieczoru po kolacji zastałam go siedzącego samotnie na werandzie.
„Wszystko w porządku?” zapytałam.
Wymusił uśmiech. „Tak. Po prostu zmęczony”.
Ale nie wyglądał na zmęczonego.
Wyglądał na zmartwionego.
Założyłam, że jest zdenerwowany porodem. Albo wzruszony, bo to miało być pierwsze dziecko, które będziemy musieli oddać po porodzie.
Nigdy nie przypuszczałam, że będzie inaczej.
Kiedy dotarliśmy do szpitala, skurcze były nie do zniesienia.