Carol przyjechała dziesięć minut później, wyglądając na przerażoną i podekscytowaną jednocześnie.
Od razu chwyciła mnie za ręce.
„Robisz to dla mnie” – wyszeptała ze łzami w oczach. „Nigdy tego nie zapomnę”.
Kilka godzin później, po wyczerpującym porodzie i niekończącym się bólu, dziecko w końcu się urodziło.
Mały chłopiec.
W chwili, gdy zapłakał, Carol wybuchnęła szlochem.
„To mój syn” – wyszeptała drżącym głosem.
Pielęgniarka na chwilę przycisnęła go do mojej piersi.
Ciepły.
Malutki.
Idealny.
Spojrzałam na Paula, spodziewając się łez albo ulgi.
Zamiast tego wyglądał blado.
Całkowicie blado.
Nie patrzył na dziecko.