Wynająłem małe umeblowane mieszkanie niedaleko Prado. Pracowałem zdalnie, kiedy tylko mogłem, wracając do Paryża tylko wtedy, gdy spotkania tego absolutnie wymagały, i po raz pierwszy od lat praca przestała być centrum mojego życia.
Nie było łatwo.
Nic nie było łatwe.
Claire i ja szłyśmy ostrożnie, jak dwie osoby przechodzące przez stary, chwiejny most, wiedząc, że jedno ostre słowo może sprawić, że deska zatrzeszczy.
Na początku rozmawiałyśmy głównie o dziecku.
Wizytach u lekarza.
Badaniach.
Mdłościach.
Witaminach.
Papierkowej robocie.
Praktycznych, uspokajających, konkretnych rzeczach.
Potem, krok po kroku, rozmawiałyśmy o sobie.
Naprawdę.
Rozmawiałyśmy o rozwodzie.
Nocach, kiedy spałyśmy obok siebie, nie dotykając się.
Posiłkach, podczas których każda z nas patrzyła w telefon, żeby uniknąć patrzenia na drugą.
Słowa, które połykałyśmy.
Rany, które zamieniałyśmy w mury.
Dniach, kiedy kochałyśmy się w milczeniu, zbyt dumne, by się do tego przyznać.
Czasami było brzydko.
Czasami boleśnie.
Były łzy.
Wzajemne oskarżenia.
Pauzy.
Cisze, które były przerażające, bo tak bardzo przypominały te stare.
Ale tym razem żadne z nas nie uciekło.
Claire rozpoczęła terapię.