Ale się uśmiechała.
Pocałowałem ją w czoło.
I po raz pierwszy od dawna nie bałem się tego, co wciąż do niej czułem.
Nasza córka urodziła się pewnego marcowego poranka, podczas lekkiego deszczu, który bębnił o okna oddziału położniczego.
Przyszła na świat z głośnym, niemal oburzonym krzykiem, jakby świat obudził ją za wcześnie i chciał pociągnąć go do odpowiedzialności.
Claire śmiała się i płakała jednocześnie.
Kiedy położyli jej dziecko, zobaczyłem na jej twarzy wyraz, którego nigdy nie zapomnę.
Zdumienie.
Wyczerpanie.
Czysta miłość.
Kiedy pielęgniarka położyła mi ją w ramionach, moje ręce zadrżały.
Była taka maleńka.
Taka ciepła.
Taka prawdziwa.
Tak niemożliwa.
Długo się na nią patrzyłem.
Potem wyszeptałem:
„Witaj, Louise”.
Claire odwróciła głowę w moją stronę.