Wyjechała do Marsylii, gdzie znalazła pracę w hotelarstwie, niedaleko Starego Portu. Wspólni znajomi czasami informowali mnie o jej stanie, nawet o to nie pytając. Mówili, że czuje się lepiej. Że wydaje się spokojniejsza. Że odzyskała blask. Że rzadko mówi o swoim dawnym życiu.
A ja udawałam, że nie chcę wiedzieć.
Do dnia, w którym moja firma wysłała mnie do Marsylii.
Projekt był prosty: wycenić działkę nad morzem pod przyszły kompleks hotelowy, spotkać się z dwoma lokalnymi partnerami, napisać raport i wrócić do Paryża czterdzieści osiem godzin później.
Nic więcej.
Przyjechałam w czwartek wieczorem, wyczerpana podróżą pociągiem, z tym szczególnym zmęczeniem, które odczuwa się, gdy zbyt często podróżuje się służbowo. Zostawiłem walizkę w hotelu niedaleko Corniche, odsłoniłem zasłony na Morze Śródziemne i wyszedłem na spacer.
Marsylia miała światło, jakiego Paryż nigdy nie ma.
Światło szczere, wręcz bezczelne.
Tarasy były pełne, skutery śmigały, rozmowy wydawały się głośniejsze, żywsze. W powietrzu unosił się zapach soli, grillowanej ryby, ciepłego kamienia i tej lekko chaotycznej wolności Południa.
Wszedłem do małego baru niedaleko Starego Portu.
Nic wyszukanego.