Wszystko.
Potem usiadłem z notesem i policzyłem.
Za co zapłaciłem.
Za co on zapłacił.
Za co wyżywił swoją rodzinę za każdym razem, gdy ona przychodziła.
Wszystko, co po cichu przyjąłem na siebie, podczas gdy on odgrywał hojnego człowieka przed innymi.
I tam, czarno na białym, było to oczywiste.
Czyste.
Niezaprzeczalne.
Brzydkie.
Dźwigałem o wiele więcej, niż kiedykolwiek przyznał.
Nadeszła sobota rano, pogodna i łagodna. Maurice obudził się w bardzo dobrym humorze, gwiżdżąc jak król w swoim domu.
„Mama przyniesie ciasto o szóstej” – powiedział, nalewając sobie kawę z pewnością siebie człowieka, który nie ma wątpliwości. „Powinieneś zacząć gotować wcześniej, bo inaczej będziesz przytłoczony”.
Spojrzałem na niego znad filiżanki.
„Nie będę gotował”.
Najpierw się roześmiał.