Evangeline stała u stóp mojego szpitalnego łóżka, z wystudiowanym wyrazem matczynej troski na twarzy. Jej designerski płaszcz był nieskazitelnie wyprasowany, bez ani jednej nitki na miejscu, jakby brała udział w lunchu dla wyższych sfer, a nie odwiedzała ciężko rannej synowej.
Mam na imię Anastazja. Dokładnie dwanaście godzin temu moja teściowa zepchnęła mnie ze stromych, drewnianych schodów w moim własnym domu.
Teraz leżałam przykuta do szpitalnego łóżka, podłączona do monitorów z trzema złamanymi żebrami, poważnie skręconym nadgarstkiem i płótnem pełnym ciemnofioletowych i czarnych siniaków, które sprawiały, że moje ciało wyglądało jak tragiczny abstrakcyjny obraz.
„Powiedz im, że się poślizgnęłaś, moja droga” – wtrąciła Evangeline. Jej głos ociekał słodyczą, która przyprawiła mnie o mdłości. „Zawsze była trochę niezdarna” – dodała, zwracając się do pielęgniarki dyżurnej. Jej idealnie wypielęgnowane dłonie ściskały drogą, skórzaną torebkę. Fluorescencyjne białe światło z sufitu oświetliło ogromny diament na jej obrączce, gdy wykonała lekceważący, lekki gest. „Po prostu potknęła się o własne nogi”.
Zamknęłam oczy, nie mogąc na nią spojrzeć. Moment, w którym mnie popchnęła, wrył się w moją pamięć z bolesną, krystaliczną jasnością.
Wcześniej tego popołudnia wnosiłam ciężki kosz na pranie na piętro. Kiedy dotarłam na szczyt, Evangeline nagle pojawiła się znikąd. Wpuściła się bez zapowiedzi – znowu. Griffin dał jej zapasowy klucz do naszego domu miesiące temu, całkowicie ignorując moje granice i prośby o prywatność.
Nasz nieustający konflikt o jej ciągłe, duszące wtrącanie się do naszych spraw zaostrzył się w chwili, gdy mnie zobaczyła.
„To dom mojego syna” – syknęła, podchodząc niebezpiecznie blisko mnie, a jej oczy błyszczały czystą złośliwością. „Jesteś tylko zastępczą żoną. Pierwsza znała swoje miejsce. Ty natomiast stajesz się poważnym utrapieniem”.