Zanim zdążyłam otworzyć usta, żeby się bronić, poczułam, jak jej dłonie uderzają mnie w ramiona.
Pchnięcie nie było subtelne. Nie było to niezdarne uderzenie ani przypadkowe szturchnięcie. Było celowe, zdecydowane i wykonane z mrożącym krew w żyłach uśmieszkiem satysfakcji, który wciąż mnie prześladował. Pamiętałam przerażające uczucie upadku do tyłu, kosz wylatujący mi z rąk, brutalne, miażdżące kości uderzenia, gdy staczałam się po drewnianych schodach, nie mogąc się powstrzymać.
„Anastasio?”
Młoda pielęgniarka z oddziału ratunkowego przerwała moje mroczne wspomnienie. Jej głos był stanowczy, ale delikatny. „Muszę zbadać twoje obrażenia na osobności. To standardowa procedura szpitalna”. Odwróciła się i spojrzała na Griffina i Evangeline prosto, niewzruszenie. „Muszę poprosić rodzinę, żeby weszli do poczekalni”.
„Jestem jej mężem” – zaprotestował natychmiast Griffin, zaciskając szczękę. „Zostaję. A moja matka może poczekać na zewnątrz”.
Pielęgniarka, której identyfikator głosił „Ivy”, nie ustąpiła. Skrzyżowała ramiona. „Proszę pana, protokół obowiązuje wszystkich. A teraz proszę.”
Marząc pod nosem, Griffin w końcu puścił moją dłoń. Evangeline posłała mi ostatnie, ostrzegawcze spojrzenie, zanim wyszła za synem. Ciężkie drzwi zamknęły się za nimi z trzaskiem.
Gdy tylko zniknęli, sztywna, profesjonalna mina Ivy złagodniała. Podeszła bliżej do mojego łóżka, ściszając głos. „Anastasio, musisz być ze mną całkowicie szczera. Te obrażenia… tak, mogą być spowodowane upadkiem. Ale specyficzny układ siniaków na ramionach i ślady obronne na nadgarstkach sugerują, że zostałaś popchnięta. Ktoś ci to zrobił?”
Zawahałam się. Serce waliło mi w piersiach, gdy miałam złamane żebra. Griffin nigdy nie uwierzyłby w to, co mówię ja, a nie w swoją matkę. Przez ostatnie trzy lata Evangeline systematycznie stosowała wobec mnie gaslighting i podważała moją pozycję, a mój mąż z błogą, dobrowolną obojętnością ignorował to wszystko. Gdybym się odezwała, moje słowo byłoby przeciwne jej słowu.
Ale wtedy, niczym grom z jasnego nieba, uderzyła mnie pewna myśl.
„Mam dowód” – wyszeptałam drżącym głosem.
Ivy pochyliła się nieco bliżej, jej wzrok się wyostrzył. „Jaki dowód?”
„Kamery bezpieczeństwa” – wyszeptałam. „Zainstalowałam je dwa miesiące temu. Rzeczy… moje rzeczy osobiste zaczęły znikać. Głównie biżuteria. Jeszcze nie sprawdziłam nagrania, ale jest tam kamera skierowana prosto na szczyt schodów”.
Udało mi się odczytać
Wsunęłam zdrową rękę do kieszeni szpitalnej koszuli, krzywiąc się z bólu, gdy moje żebra zaczęły boleć, i wyciągnęłam telefon.
Ale gdy ekran się rozświetlił, wyświetlając powiadomienie z aplikacji bezpieczeństwa, usłyszałam, jak klamka zaczyna grzechotać. Ktoś próbował wrócić do środka.
Rozdział 2: Cichy obserwator