„Ona?”
Pielęgniarka kiwa głową.
„Mała dziewczynka”.
Potem płaczę.
Nie pięknie.
Nie tymi cichymi łzami, które są piękne w filmach.
Płaczę jak ciało uwalniające strach, by w końcu zrobić miejsce życiu.
Pielęgniarka przysuwa łóżeczko bliżej na kilka sekund. Właśnie na tyle, bym zobaczyła w ciepłym świetle maleńką twarz, czerwoną ze złości, tak małą, a jednak zdeterminowaną, by przetrwać.
„Jak chcesz jej dać na imię?”
Patrzę na nią.
Moją pierwszą myślą jest Grace.
Potem kręcę głową.
Nie.
Nie Grace.
Nie dziś wieczorem.
„Zwycięstwo” – szepczę.
Pielęgniarka się uśmiecha.
„To mocne imię”.
Mój ojciec siedzi w fotelu, kiedy wychodzi. Zmienił się. Ktoś musiał mu przywieźć białą koszulę z Paryża. Ale pod paznokciem wciąż ma czarną smugę tłuszczu i ten szczegół niemal mnie łamie bardziej niż cokolwiek innego.
Otwiera oczy, kiedy się ruszam.
„Jest piękna” – mówi.
Długo na niego patrzę.
„Wiedziałaś” – szepczę.
To nie do końca oskarżenie.
Jeszcze nie.