„Nie chciałem, żeby zaszło tak daleko” – mówi natychmiast.
Nie mogę się powstrzymać od uśmiechu.
To zdanie.
Hymn narodowy tchórzy.
Nie „Uderzyłem cię”.
Nie „Moja matka cię popchnęła”.
Nie „Patrzyłem, jak krwawisz”.
Nie.
Tylko ta mglista, bezosobowa wersja, jakby ten wieczór był awarią hydrauliczną.
Powoli podnoszę słuchawkę.
Pozwalam mu
Cisza go lekko kłuje.
Potem mówię:
„Śmiałeś się”.
Spuszcza wzrok.
A to krótkie zdanie, bardziej niż cokolwiek innego, trafia prosto w serce.
Śmiał się.
Kiedy krwawiłam.
Kiedy błagałam.