Po czym natychmiast wypluła zupę z powrotem na płytki.
„Za słona!” warknęła. „Próbujesz mnie otruć?”
Potem spojrzała na mnie z tym wąskim, jadowitym uśmiechem, który rezerwowała na chwile, gdy chciała zadać głęboki ból.
„Bezużyteczne śmieci” mruknęła. „Zupełnie jak twój ojciec”.
A potem coś we mnie pękło.
Nie z powodu zupy.
Nie z powodu obelg.
Nawet nie z powodu upokorzenia.
Mój ojciec.
Mój ojciec, który harował całe życie.
Mój ojciec, który głodował, żebym ja mógł jeść.
Mój ojciec, który kochał mnie w ten cichy sposób, którego ludzie tacy jak Damien i jego matka nigdy by nie zrozumieli.
„Nie mów tak o moim ojcu” – wyszeptałem.
Głos mi drżał.
Nie ze strachu.
Z resztek godności, jakie mi pozostały.
Pani Vautrin odsunęła krzesło tak gwałtownie, że z głośnym hukiem zaskrzypiało o płytki.
Jej twarz się zmieniła.
Chłodny uśmiech zniknął.
Zastąpiło go coś okrutnego.
„Masz odwagę mi odpowiadać?” – syknęła.
Potem mnie popchnęła.
Z trudem.
Nie miałem szansy się złapać.
Ciągnęło mnie do tyłu, a krawędź granitowego blatu uderzyła mnie w brzuch z tak potworną siłą, że powietrze natychmiast uleciało z moich płuc.
Ból eksplodował w całym moim ciele.
Oślepiający.