Pani Vautrin próbuje się opanować.
„Co za scena” – mówi, ale jej głos traci opanowanie.
Damen rzuca mój telefon na blat, bardziej nerwowo, niż chciałby to okazać. Robi krok w moją stronę, jakby wciąż wahał się, czy mnie podnieść i odzyskać kontrolę nad sytuacją.
Wtedy na końcu ulicy wyje pierwsza syrena.
Za szybko.
O wiele za szybko jak na zwykłego prowincjonalnego mechanika.
Błyskające światła rozświetlają ściany kuchni na czerwono i niebiesko. Trzaskają drzwi samochodu. Pospieszne kroki zbliżają się do schodów wejściowych z precyzją, która istnieje tylko wtedy, gdy odpowiednie osoby odebrały już odpowiednie połączenie.
Pani Vautrin zrywa się na równe nogi.
Jej krzesło upada.
Damien klnie pod nosem.
Drzwi wejściowe otwierają się bez pukania.
Najpierw weszło dwóch ratowników medycznych z SAMU (Pogotowia Ratunkowego), skupionych i szybkich, a za nimi dwóch policjantów. A za nimi był mój ojciec.
Jean Delmas.
Ciemna kurtka robocza, siwe włosy wciąż potargane od prędkości, oczy ciemniejsze niż noc.
Przez absurdalną sekundę Damienowi prawie udało się uśmiechnąć.
Bo widział go takim, jakim zawsze chciał go widzieć.
Mężczyznę w butach.
Mężczyznę, który pachniał olejem i metalem.
Mężczyznę z prowincji.
Ojca zbyt prostego, by go zliczyć.
Wtedy jeden z policjantów odwrócił się do niego i powiedział:
„Panie Delmas, zajmiemy się nią”.
I wszystko się zmieniło.
Zobaczyłem to na twarzy Damiena.
Nie tylko z powodu imienia.
Z powodu tonu.
Szacunku.
Bo mój ojciec nie był tolerowany w tej scenie.
Był posłuszny.