Pierwszy raz, gdy zapragnęłam re:zemsty, stałam między dwiema trumnami, na tyle małymi, że mogłam je nieść na rękach. Za drugim razem odcisk dłoni teściowej wciąż palił mi twarz.
W kaplicy pachniało liliami, deszczem i polerowanym drewnem. Moje bliźniaki, Noah i Lily, spoczywały w białych trumnach, nie większych niż walizki podróżne, a ich imiona wyryte złotymi literami wyglądały zbyt jaskrawo dla dzieci, których już nie ma.
Nie spałam od czterech dni. Czarna sukienka luźno wisiała na moim ciele. Każdy oddech wydawał się urywany.
Obok mnie mój mąż Daniel wpatrywał się w podłogę, jakby żal go wydrążył. Po mojej drugiej stronie stała jego matka, Margaret, sztywna pod czarnym welonem, z suchymi oczami i idealnie opanowana jak królewska osoba obserwująca tragedię.
Ludzie szeptali o tym, jaka jest silna.
Wiedziałam lepiej.
Pochyliła się ku mnie, a jej perfumy były tak gęste, że aż można się było udusić. „Bóg ich zabrał” – wyszeptała zjadliwie – „bo wiedział, jaką jesteś matką”.
Słowa wbiły się we mnie niczym odłamki szkła.