Zrzuty ekranu pokazujące Daniela podnoszącego składki na życie bliźniąt. Przelewy bankowe powiązane z funduszem powierniczym kontrolowanym przez Margaret. Zapisy z apteki, które – jak twierdził Daniel – potwierdzały, że recepta na leki nigdy nie dotarła. Zdjęcia puszek z mlekiem modyfikowanym, które Margaret sama sobie kupiła. Nagranie głosowe, na którym mówi: „Chore dziecko jest drogie. Martwe to ugoda”.
Na początku przekonywałam samą siebie, że żal wpędza mnie w paranoję.
Ale paranoja nie fałszuje podpisów.
Paranoja nie kasuje powiadomień ze szpitala.
Paranoja nie wyjaśnia, dlaczego prywatny raport toksykologiczny, który zamówiłam, wykazał ślady środka uspokajającego, którego nigdy nie przepisano moim dzieciom.
Następnego ranka Margaret zastała mnie w kuchni, gdzie robiłam kawę.
„Wydajesz się spokojniejsza” – powiedziała z aprobatą. „Dobrze. Potrzebujemy, żebyś podpisała dokumenty”.
Daniel położył teczkę na stole.
„Co?”
W papierkowej robocie?