Powoli odwróciłam się w jej stronę. „Czy możesz się zamknąć… chociaż na dziś?”
W kaplicy zapadła cisza.
Wyraz twarzy Margaret natychmiast stwardniał. Potem uderzyła mnie.
Mocno.
Gwałtownie odchyliłam głowę na bok. Zanim zdążyłam się uspokoić, chwyciła mnie za ramię i wbiła w trumnę Noaha. Moja skroń uderzyła o wypolerowaną drewnianą krawędź. Gdzieś z tyłu ktoś krzyknął.
Margarita nachyliła się do mojego ucha, uśmiechając się uprzejmie do żałobników. „Cicho bądź” – wyszeptała – „albo do nich dołączysz”.
Daniel w końcu uniósł głowę.
Nie w jej stronę.
W moją stronę.
„Dość, Claire” – powiedział beznamiętnie. „Nie rób scen”.
Coś we mnie całkowicie zmroziło.
Miesiącami nazywali mnie niestabilną. Kruchą. Emocjonalną. Kiedy bliźnięta zachorowały, Margaret uparcie twierdziła przed lekarzami, że „przesadzam”. Daniel podpisywał dokumenty, podczas gdy ja byłam zbyt wyczerpana, by je czytać. Po śmierci Noaha i Lily, krążył po naszym domu, zbierając formularze ubezpieczeniowe, fiolki z lekami, dokumentację szpitalną.
I zauważyłam.
Wszystko zauważyłam.