Tej nocy, kiedy mój mąż powiedział mi, żebym „iść do diabła”, jego ręka wciąż spoczywała na talii byłej dziewczyny.
Nie zawisła w pobliżu jej talii. Nie otarła się przypadkowo o jej sukienkę. Jego palce leżały tam swobodnie, pewnie, jak u mężczyzny, który już uznał, że jego żona jest zbyt nieśmiała, zbyt upokorzona lub zbyt uwarunkowana ośmioletnim małżeństwem, by mu się sprzeciwić.
Staliśmy w sali balowej hotelu Weston w Seattle, otoczeni złotymi światłami, kieliszkami szampana, delikatnym jazzem i trzydziestoma gośćmi zebranymi, by świętować naszą ósmą rocznicę ślubu.
Naszą rocznicę.