Ona niczego nie podejrzewa.
Ten weekend był idealny.
Marissa wysłała mi też notatki głosowe. Odtworzyłam trzy sekundy jednej z nich, zanim zamknęłam laptopa.
Nie potrzebowałam jej śmiechu w głowie.
Prawda już siedziała przede mną, oznaczona datą i zabezpieczona kopią zapasową.
Angela utworzyła na moim laptopie folder zatytułowany „Dowody Rozwodowe”. Zapisywała każdy zrzut ekranu, każdy wyciąg bankowy, każdą transakcję. Patrzyłam, jak folder zapełnia się dowodami małżeństwa, które próbowałam sama uratować.
Kiedy skończyłyśmy, świtało.
Jechałam do domu w milczeniu.
Mason wtoczył się do domu około pierwszej w nocy, pijany i pachnący delikatnie perfumami innej kobiety pod drogim zapachem wody kolońskiej. Rzucił klucze na blat i oskarżył mnie o to, że go zawstydziłam.
O mało się nie roześmiałam.
Upierał się, że Marissa to tylko przyjaciółka.
Spojrzałam na jego twarz i zdałam sobie sprawę, że nie obchodzi mnie już, czy kłamał pięknie, czy źle.
Następnego ranka pospał do późna, zrobił kawę, sprawdził telefon i oznajmił, że idzie „spotkać się z kimś”.
Nie przeprosił.
Nie wyjaśnił.
Nie zadał sobie nawet trudu wymyślenia nowego kłamstwa.
Pięć minut po tym, jak wyjechał z podjazdu, na moim telefonie pojawiła się jego lokalizacja.
Ulica Marissy.
Stałam w kuchni, wciąż ubrana w czarną sukienkę z naszej rocznicowej imprezy, wpatrując się w maleńką niebieską kropkę, która osiadła niedaleko jej domu.
Potem poszłam do sypialni i wyciągnęłam walizkę z szafy.