Mason na krótko się do niej wprowadził po stracie pracy.
Trwało to sześć tygodni.
Bez tajemnic nie było między nimi nic romantycznego.
Bez pokoi hotelowych i kradzionych weekendów stali się dwojgiem zgorzkniałych ludzi uwięzionych w małym mieszkaniu, obwiniających się nawzajem za zniszczenia, które razem stworzyli.
Oskarżał ją o kuszenie go.
Oskarżała go o obiecywanie przyszłości, na którą go już nie było stać.
Ich kłótnie stały się publiczne, brzydkie, desperackie. Ktoś kiedyś przesłał mi zrzut ekranu, na którym Marissa opublikowała – a potem usunęła – wiadomość o treści: „Nigdy nie ufaj mężczyźnie, który twierdzi, że jego żona go nie rozumie”.
Nigdy nie odpowiedziałam.
Byłam wtedy zbyt zajęta poznawaniem brzmienia pokoju.
Pokój brzmiał jak deszcz padający na balkon mojego mieszkania w Singapurze.
Pokój brzmiał jak śmiech dzieci na dziedzińcu szkoły.
Pokój brzmiał jak moje własne kroki w sklepach spożywczych, gdzie nikt nie spodziewał się, że kupię ulubioną kawę Masona.
Pokój brzmiał jak mój cichy telefon o północy.
Rozprawa rozwodowa odbyła się osiem miesięcy później.
Poleciałam na nią z powrotem do Seattle.
Sala sądowa była mniejsza, niż sobie wyobrażałam. Gładkie ściany. Jarzeniówki. Sędzia o srebrnych włosach i zmęczonych oczach.
Mason już tam był, kiedy przyjechałam.
Wyglądał na szczuplejszego. Starszego. Mniej ogładzonego. Arogancja, która kiedyś wypełniała każde pomieszczenie wokół niego, przerodziła się w coś matowego i gorzkiego.
Zerknął na mnie raz, po czym odwrócił wzrok.