Spakowałam się jak kobieta uciekająca przed ogniem.
Paszport. Akt urodzenia. Uprawnienia do nauczania. Wyciągi bankowe. Laptop. Umowa o pracę. Trzy pary butów. Ubranie robocze. Dwa oprawione zdjęcia z mojej klasy. Bransoletka babci.
Nic, co Mason mi kupił.
Nie kolczyki z pereł z naszej piątej rocznicy. Nie zimowy płaszcz, który mi dał, bo zapomniał o moich urodzinach. Nie naszyjnik, który kupił dopiero po tym, jak wysłałam mu link.
Zostawiłam obrączkę w aksamitnym pudełku na toaletce.
Potem położyłam obok klucze do domu.
Żadnej notatki.
Notatki prowokują kłótnie. Wyjaśnienia prowokują negocjacje. Miałam dość negocjacji o podstawowy szacunek.
O piątej trzydzieści tego wieczoru zamówiłam Ubera.
Kierowca załadował moją walizkę do bagażnika i zapytał, czy jadę w jakieś ekscytujące miejsce.
Odwróciłam się w stronę domu.
Światło na ganku wciąż się paliło. Zasłony były zasłonięte. Z zewnątrz wyglądał jak każdy normalny dom w spokojnej dzielnicy Seattle.
„Nie” – powiedziałam. „Gdzieś za darmo”.
Mój samolot odlatywał krótko przed północą.
Spodziewałam się, że będę płakać na lotnisku. Nie płakałam.