Kupiłam żółte zasłony. Dowiedziałam się, który stragan z kurczakiem i ryżem jest najlepszy. Dołączyłam do weekendowej grupy spacerowej. Śmiałam się z nauczycielami przy okropnej kawie. Przestałam sprawdzać pogodę w Seattle. Przestałam się zastanawiać, czy Mason czegokolwiek żałuje.
Rok po przyjęciu rocznicowym stałam na scenie podczas szkolnej wiosennej uroczystości, patrząc, jak setki dzieci śpiewają pod papierowymi lampionami.
Potem ta sama dziewczynka, która dała mi rysunek smoka, podbiegła i objęła mnie w talii.
„Dyrektor Eleanor” – powiedziała – „wygląda pani na szczęśliwą”.
To prawie mnie rozpłakało.
Nie dlatego, że szczęście było dramatyczne.
Bo było cicho.
Bo przyszło bez proszenia, bez udowadniania, bez kurczenia się do kształtu, który ktoś inny mógłby tolerować.
Tej nocy szłam do domu wzdłuż rzeki. Światła miasta drżały nad wodą. Mój telefon zawibrował raz.
E-mail.
Od Masona.
W temacie wiadomości było: Przepraszam.