Potem przeszedłem przez salę balową.
Każdy krok wydawał się powolny, choć wiem, że taki nie był. Pamiętam zapach róż unoszący się z stroików. Błysk flesza przy stole z tortem. Kuzyn Masona śmiejący się zbyt głośno przy barze. Kelnera, który minął mnie z krabowymi plackami, jakby moje małżeństwo nie rozpadało się na jego oczach.
Kiedy do nich dotarłem, Marissa pierwsza mnie zauważyła.
Jej uśmiech przemknął.
Mason nie cofnął ręki.
Wtedy coś we mnie ucichło.
Nie zdruzgotane. Nie zdrętwiałe.
Lekko położyłem dłoń na ramieniu Masona i powiedziałem najspokojniejszym głosem, jaki kiedykolwiek słyszałem: „Och, kochanie. Potrzebujecie pokoju?”.
Kilka rozmów w pobliżu natychmiast ucichło.
Marissa spuściła wzrok.
Mason odwrócił się w moją stronę, jego oczy błyszczały od alkoholu, a wyraz twarzy wyrażał irytację, a nie wstyd.
Czekałam, aż się cofnie.
Czekałam na przeprosiny.
Czekałam na jeden drobny znak, że mężczyzna, którego kiedyś kochałam, wciąż rozumiał różnicę między popełnieniem błędu a publicznym upokorzeniem żony.