Angela siedziała obok mnie, spokojna jak kamień.
Sam rozwód był prosty. Dom został sprzedany. Majątek podzielony. Moje oszczędności i kontrakt z Singapurem pozostały nietknięte. Mason próbował argumentować, że porzuciłam małżeństwo.
Angela przesunęła teczkę z dowodami.
Jego adwokat poradził mu, żeby przestał mówić.
Po raz pierwszy odkąd go poznałam, Mason słuchał.
Kiedy wszystko się skończyło, sędzia zapytał, czy obie strony zrozumiały ostateczny wyrok.
Mason odpowiedział twierdząco, nie patrząc na mnie.
Odpowiedziałam twierdząco pewnym głosem.
Wychodząc z sali sądowej, poszedł za mną na korytarz.
Przez jedną dziwną sekundę widziałam mężczyznę, którego kiedyś poślubiłam. Niewyraźnie. Nie do końca. Bardziej jak twarz ukryta we mgle. Mężczyznę, który nosił zakupy w deszczu. Mężczyznę, który płakał, gdy umarł mój ojciec. Mężczyznę, który obiecał wieczność pod białym łukiem na podwórku Angeli.
Potem otworzył usta i powiedział: „Nie musiałaś mi wszystkiego odbierać”.
I mgła zniknęła.
„Nie odbierałam” – odpowiedziałam. „Odbierałam tylko siebie”.
Nie miał już nic do powiedzenia.
Wróciłam do Singapuru dwa dni później.
Życie nie stało się nagle idealne. Uzdrowienie nie było niczym filmowym. Niektórymi nocami budziłam się zła. Niektórymi porankami przypominałam sobie drobną życzliwość Masona i nienawidziłam siebie za to, że tęsknię za kimś, kto tak głęboko mnie zranił. Bywały dni, kiedy samotność siedziała naprzeciw mnie jak nieproszony gość.
Ale powoli się odbudowywałam.