Zamiast tego spojrzał mi prosto w oczy i powiedział wystarczająco głośno, by wszyscy w pobliżu usłyszeli: „Jeśli nie możesz znieść tego, że spędzam weekendy z moją byłą, idź do diabła”.
Atmosfera się zmieniła.
Na początku nie było to widoczne. Muzyka wciąż grała. Kieliszki wciąż błyszczały. Ktoś po drugiej stronie pokoju wciąż śmiał się w nieodpowiednim momencie. Ale wokół nas cisza rozprzestrzeniała się niczym rozlany atrament.
Za mną pojawiła się Angela.
Czułam, jak jej gniew promieniuje na moje plecy niczym ciepło.
Marissa odsunęła się o pół kroku, nie dlatego, że czuła się winna, ale dlatego, że świadkowie sprawiali, że czuła się nieswojo.
Mason wciąż wyglądał na dumnego.
To był szczegół, który później zapamiętałam. Nie wyrok. Nie zdrada. Jego duma.
Nie popełnił błędu. Nie został złapany. Złożył oświadczenie.
Ogłosił przed naszymi przyjaciółmi i rodziną, że mój ból to niedogodność, a jego romans to przywilej.
Patrzyłam na niego przez kilka długich sekund.
Potem się uśmiechnęłam.
Nie dlatego, że cokolwiek mnie rozbawiło.
Bo nagle zrozumiałam coś przerażająco jasnego: Mason właśnie wręczył mi jedyny prezent, którego byłam zbyt lojalna, by dać sobie samej.
Pozwolenie na odejście.
Nie uderzyłam go. Nie krzyczałam. Nie chlusnęłam mu szampanem w twarz, choć Angela później przyznała, że nigdy więcej nie chciała niczego widzieć.
Po prostu się odwróciłam, minęłam tort z naszymi imionami, wzięłam płaszcz i wyszłam z hotelu Weston, nie żegnając się z nikim.
Angela poszła za mną w mroźną noc Seattle.