Na torcie widniały nasze imiona w srebrnym lukrze. Eleanor i Mason. Osiem lat. Na zawsze.
Pamiętam, jak wpatrywałam się w te słowa przez pokój, podczas gdy Mason nachylił się do ucha Marissy, śmiejąc się jak mężczyzna, który nigdy nikomu nie obiecał wieczności.
Marissa.
Jego była dziewczyna.
Kobieta, którą kiedyś opisał jako „starożytną historię”, jakby była zamkniętym rozdziałem, nieszkodliwym wspomnieniem, zapomnianym imieniem pogrzebanym pod życiem, które razem zbudowaliśmy.
Ale pogrzebane rzeczy nie dotykają twojego męża w hotelowej sali balowej.
Rozmawiałam z moją najlepszą przyjaciółką Angelą, kiedy je zauważyłam. Angela, prawniczka rodzinna z prawie piętnastoletnim stażem, potrafiła wyczuć kłamstwa tak, jak rekiny wyczuwają krew. Podążyła za moim spojrzeniem i umilkła w pół zdania.
Jej twarz zmieniła się pierwsza.
Moja nie.
To przeraziło mnie bardziej niż cokolwiek innego.
Nie płakałam. Nie jęknęłam. Nie upuściłam kieliszka. Po prostu patrzyłam, jak dłoń Masona wędruje niżej po plecach Marissy, gdy przechyliła głowę w jego stronę, uśmiechając się, jakby dokładnie wiedziała, gdzie jest w jego życiu.
A gdzie ja już nie wiedziałam.
Angela uderzyła kieliszkiem o stół z taką siłą, że nóżka o mało nie pękła.
„Eleanor” – wyszeptała.
Lekko uniosłem rękę, prosząc ją, żeby się nie ruszała.