Spośród tysiąca SS-manów schwytanych przez Armię Czerwoną podczas wojny, mniej niż 6 milionów dotrze żywych do obozów na Syberii. Pułkownik Władimir Bogdanow, oficer łącznikowy między armią a NKWD, zanotował w swoich wspomnieniach opublikowanych po upadku ZSRR, że brał udział w przesłuchaniu szeregowego i furur SS-manów schwytanych w Pradze.
Mężczyzna dowodził oddziałem komandosów Einsat na Ukrainie, odpowiedzialnym za śmierć 20 000 osób. Przyznał się do wszystkiego, w najdrobniejszych szczegółach, mając nadzieję, że ocali mu życie. Jak zabijał te niemowlęta, żeby oszczędzić kul? Jak zmuszał matki do wyboru, które z ich dzieci zginie pierwsze. Po trzech godzinach oficer NKWD wstał, powiedział: „Dziękuję za współpracę” i strzelił w głowę.
Byłem zszokowany. Nie egzekucją, ale własną obojętnością. Niektóre zeznania ujawniają skalę dylematu moralnego. Sierżant Nikołaj Masłow, odznaczony bohater Związku Radzieckiego, mówi: „Złapałem myśliwego-charureura SS w pobliżu Brelot, 19-letniego chłopaka. Płakał, pokazał list od swojej narzeczonej. Miałem ją pobić, gdy zobaczyłem, że ma ten sam medalik religijny, który dała mi matka, [muzyka] krzyż prawosławny.
Jej babcia była Rosjanką, wyemigrowała po rewolucji, znał kilka słów po rosyjsku. Spojrzałem mu w oczy i zobaczyłem mojego młodszego brata zabitego przez SS pod Stalingradem. Sięgnąłem po broń. Nie mogłem. Mój komisarz polityczny wyrwał mi broń i sam ją wykonał. Archiwa ujawniają również akty oporu wobec tej spirali przemocy.