„Funkcjonariusze, dzięki Bogu, że tu jesteście” – powiedział gładko Arthur, a jego głos ociekał udawanym zaniepokojeniem, perfekcyjnie odgrywając rolę ojca-ofiary. „Moja córka… ma poważny załamanie nerwowe. Stres związany z chorobą dziecka jest zbyt duży. Wtargnęła do naszego domu, krzyczy i grozi nam. Nie chcieliśmy do was dzwonić, ale nie wiedzieliśmy, co innego zrobić”.
Dowodzący policjant, wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna z siwiejącymi skroniami, nie od razu uwierzył w słowa dobrze ubranego mężczyzny. Spojrzał ponad Arthurem.
Dostrzegł Claire stojącą w kuchni.
Jej twarz była blada i wyczerpana. Z jej wargi wciąż ciekła gęsta krew, jaskrawoczerwona kropla spływała jej po brodzie i plamiła kołnierzyk koszuli.
Ale policjant najbardziej zwrócił uwagę na Lily. Siedmiolatka schowała się za nogami matki, cicho płacząc. Kiedy Lily zobaczyła policjantów, nie schowała się. Wyszła zza Claire, wskazując małym, drżącym, zabandażowanym palcem prosto na dziadka.
„Uderzył moją mamę!” krzyknęła Lily, a jej głos rozniósł się echem po cichym domu. „Uderzył ją i sprawił, że krwawiła!”
Dynamika w pomieszczeniu zmieniła się z brutalną, wstrząsającą siłą katastrofy kolejowej.
Dłoń oficera prowadzącego odsunęła się od radia i mocno spoczęła na pasie służbowym. Spojrzał na Arthura, a jego twarz stwardniała, wyrażając zimną, zawodową odrazę.