„Kradzież tożsamości” – powiedziała Claire, a jej głos zniżył się do niebezpiecznego, lodowatego szeptu. „I oszustwo. Ponad czterdzieści tysięcy dolarów z fałszywych linii kredytowych na umeblowanie tego mieszkania. To przestępstwo federalne, mamo”.
W kuchni zapadła grobowa cisza. Dusząca arogancja, która jeszcze przed chwilą wypełniała pomieszczenie, została całkowicie rozproszona, zastąpiona narastającym, absolutnym przerażeniem.
Z przerażającą jasnością uświadomili sobie, że Claire nie płakała w swoim pokoju przez ostatnie sześć miesięcy. Nie kuliła się w ciemności. Cicho, metodycznie i bezbłędnie budowała nieuniknioną sprawę federalną przeciwko własnej rodzinie.
Artur rzucił się naprzód przez kuchenną wyspę, jego wielkie dłonie desperacko sięgały po czerwony segregator, zdając sobie sprawę z katastrofalnego niebezpieczeństwa, w jakim się znaleźli. Jeśli ten segregator opuści dom, jego żona i córka trafią do więzienia, a on sam zostanie bezdomny.
„Dawaj!” Arthur ryknął, a jego twarz wykrzywiła się w panice.
Gdy ręka Arthura sięgnęła po plastikową koszulkę, Claire płynnie i bez wysiłku przyciągnęła ciężki segregator do piersi, odsuwając się od niego.
W tym samym momencie cicha, deszczowa ciemność za kuchennymi oknami została gwałtownie rozbita.
Nagły, oślepiający błysk czerwonych i niebieskich policyjnych świateł niczym stroboskop rozświetlił kuchnię, rzucając przerażające, tańczące cienie na bladą twarz Arthura. Zaraz potem rozległo się ciężkie, władcze, nieustanne walenie pięściami w drzwi wejściowe.
„Policja! Otwierać!” Głęboki głos dobiegł z ganku.